To akcent, w którym samogłoski przestają istnieć. Słowa są skracane niemal do samych spółgłosek, a tempo mowy przypomina serię z karabinu maszynowego. Polak gubi się błyskawicznie, ponieważ charakterystyczne r jest mocno rolowane (jak w polskim), ale zupełnie inaczej rozłożone w zdaniu, a powszechne zwroty jak no zamieniają się w gardłowe naw. Dodatkowym problemem jest specyficzne przesunięcie samogłosek: słysząc boot, Polak myśli, że mówią o butach, ale oni mają na myśli… bit.
To absolutny koszmar dla rodowitych Anglików z południa, a co dopiero dla Polaka. W Geordie samogłoski są tak bardzo przesunięte, że read i road brzmią niemal tak samo, a słynne good wymawia się jak gud z gardłowym zacięciem. Dodatkowo akcent ten jest melodyjny – opada i wznosi się w miejscach, których nie przewidzi żaden podręcznik fonetyki. Polak po trzech minutach słuchania Geordie ma wrażenie, że to w ogóle nie jest angielski, ale raczej jakiś skandynawski dialekt.
Ten akcent brzmi, jakby ktoś mówił z zatkanym nosem i cofał wszystkie samogłoski do gardła, przez co now brzmi jak noo, a car jak kyar. Dla polskiego ucha brakuje tu wyraźnych granic między słowami, a intonacja jest tak płaska, że nie wiadomo, gdzie kończy się pytanie, a gdzie stwierdzenie. Najgorsze jest jednak th. Tutaj zamienia się w twarde t lub d, co sprawia, że three i tree brzmią identycznie.
To akcent, który bezlitośnie zjada pierwsze litery wyrazów – house staje się ouse, a have zmienia się w ave. Co gorsza, charakterystyczne th zastępowane jest przez f lub v, więc think brzmi jak fink, a brother jak brover. Dla Polaka, który przyzwyczajony jest do wyraźnego artykułowania każdej głoski, ten akcent brzmi jak celowe szyfrowanie wiadomości.
To akcent, w którym samogłoski i i e są odwrócone w sposób nieintuicyjny – fish brzmi jak fush, bed jak bid, a six jak sux. Polak słyszy znajome słowa, ale z “błędnymi” samogłoskami i ma wrażenie, że rozmówca źle wymawia podstawowe słowa. Do tego dochodzi bardzo szybkie tempo i charakterystyczne, wysokie zakończenia zdań, które Polak mylnie odczytuje jako pytania, choć to po prostu lokalna melodia.
West Country charakteryzuje się tym, że zdania opadają na końcu, ale w środku gwałtownie podnoszą ton, co dla Polaka (przyzwyczajonego do płaskiej, równej melodii) brzmi jak ciągły brak pewności siebie. Dodatkowo samogłoska a jest ekstremalnie cofnięta – day wymawia się jak die, a make jak mike. Do tego dochodzi zamiana g na końcu słów na k (going brzmi jak goink), co jest sprzeczne ze wszystkim, czego Polak uczył się w szkole.
Ten akcent jest szybki, gardłowy i charakteryzuje się podnoszeniem tonu na końcu każdego zdania, nawet jeśli to nie jest pytanie, co Polaka może wprowadzić w zamieszanie. Ponadto samogłoska i wymawiana jest jak oi (więc like to loike). Często w luźnej wymowie spółgłoska t może brzmieć miękko, niemal jak cz (np. Tuesday brzmi jak chewsday). Dla kogoś, kto uczył się angielskiego z podręczników, to czysta dezorientacja.
Southern American (południe USA)
To akcent, który dla Polaka jest podstępny, ponieważ rozciąga samogłoski w nieprzewidywalny sposób. Proste słowo dog brzmi jak daawg, a nice jak nah-uss. Polak słyszy dwie sylaby tam, gdzie powinna być jedna, i traci wątek, bo mózg próbuje dopasować usłyszane dźwięki do znanych wzorców. Do tego dochodzi zamiana bezdźwięcznego th na d. Najgorszy jest jednak rytm – Southern American ma falistą, kołyszącą melodię, która nie ma nic wspólnego z płaskim, równym tempem, do którego przyzwyczajony jest Polak.
To akcent, który dla Polaka jest trudny przede wszystkim ze względu na tempo i intonację. Australijczycy mówią szybko, a ich zdania mają tendencję do podnoszenia tonu na końcu, co Polak błędnie interpretuje jako pytanie. Do tego dochodzi charakterystyczne przesunięcie samogłosek: day brzmi jak die, a mate jak mite.
Walijski angielski jest bardzo melodyjny, niemal śpiewny. Ale to właśnie ta melodia myli Polaka, bo akcenty w zdaniu padają na inne sylaby niż w standardowym angielskim, przez co trudno wyłapać znajome słowa. Charakterystyczne jest też gardłowe ch (jak w szkockim loch), które Polak słyszy bardziej jako k, tracąc sens zdania. Do tego dochodzi specyficzne, długie e i a, które są wyciągane w nieprzewidywalny sposób, przez co proste zdanie Where are you going? brzmi jak zagadka muzyczna.